piątek, 7 września 2012

Warszawa - od początku, raz jeszcze.


Cztery dni, trzy noce, z których przespana w pełni została zaledwie jedna, komunikacja miejska dla amatorów, niesamowicie podświetlone nocą wieżowce, hotele i biurowce, miliony kolorowych reklam, ludzie pędzący w jednym kierunku, choć żyjący w zupełnie innych Światach, niezliczona ilość tuneli w przejściach podziemnych, litry kawy, kolorowe makarony, zagraniczne piwa,darmowa wódka, Wisła i Most Poniatowskiego to zaledwie krople w morzu wspomnień, które zarejestrował, przeżył i zapamiętał mój mózg w ciągu całej wycieczki.
Ale zacznijmy od początku.

Niedziela, 2 września, godzina 23:15.
Po 10 godzinach w pracy, wracam do domu. Owszem, powinnam być zmęczona, wziąć prędko prysznic, spakować kilka drobiazgów przed podróżą i pójść spać, ale nie. Rozpiera mnie energia, wykonuję telefon, wchodzę do garażu, wsiadam na rower i jadę.
Właśnie w tym momencie rozpoczynam swoją podróż.
Jadę do Marty, siedzimy na ławce, podpieramy łokcie o kolana i rozmawiamy. 13 lat znajomości to zbyt mało, by móc powiedzieć sobie wszystko, spędzamy tak czas do pierwszej w nocy, choć nie żegnamy się tak prędko, powolnym spacerkiem, po cichutku zachodzimy jeszcze do Niej na nocne ciasto z mlekiem. Wiedziałam, że jest Czarodziejem, ale nie sądziłam, że piecze tak doskonałe, czekoladowe marzenia.

01:30, wracam do domu, w tym momencie nachodzi mnie myśl, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Świecie, a sen jest dla takich ludzi czynnością zbędną, więc zarywam noc. Pakuję do torby wszystko co (nie)zbędne, słucham muzyki, tańczę (ale na tyle cicho, by nikogo nie obudzić), jem śniadanie o 5 rano i ledwo zdążam na pociąg.

Poniedziałek, 3 września, 06:24.Pierwszy cel - Krzyż.
To niesamowite, że zaledwie kilka dni wcześniej okazało się, że nie jestem jedyną osobą z Gorzowa, która właśnie w tym czasie wyrusza do Stolicy. Dołączam do Zieni i Siemy, którzy są moimi wybawicielami. Gdyby nie oni, obudziłabym się w Poznaniu, Berlinie, albo w Kairze.
Po 5 minutach podróży okazuje się, że jednak organizm domaga się snu. I w taki oto sposób, mimo szczerych chęci rozmowy, przesypiam kamiennym snem całą podróż.

Około godziny 14 dojeżdżamy do celu, oczywiście nastąpiło opóźnienie, ponieważ ktoś akurat tego dnia musiał odebrać sobie życie. Podziękowaliśmy samobójcy, pożegnaliśmy wszystkich i pociąg ruszył dalej, jak gdyby to było czymś oczywistym, że ludzie rzucają się pod pociągi..
Moi przewodnicy wsadzili mnie w odpowiedni autobus, dojechałam na ulicę Ryżową, lecz nagle okazało się, że zupełnie nie mam pojęcia gdzie jestem, kim jestem i co właściwie tu robię, jednak dzięki uprzejmości eleganckiego Pana, siedzącego w garniturze i szarych mokasynach z frędzelkiem, trafiłam do upragnionego mieszkanka, wprost do łóżka, by zaznać jeszcze wszelkich możliwych minut snu.
Około siedemnastej zjawiła się Mama i, gdy tylko opuściłyśmy pokój wszystko zaczęło niespodziewanie pędzić.

Autobus linii 517 zawiózł nas wprost do małej knajpeczki z kosmicznym Sushi, do tego jakiś wyborny sok aloesowy z kokosem. Zostawiam Mamę i odnajduję przejście podziemne, a w nim podziemny market, kupuję alkohol i znowu bez najmniejszej kolizji trafiam w umówione miejsce, czyli na Most Poniatowskiego.
Nie wiedziałam, że są w naszym kraju miejsca, gdzie został zniesiony zakaz spożywania alkoholu i oto następuje pierwsze zaskoczenie, otóż nieopodal głównej, ruchliwej drogi, tuż nad samą Wisłą, na betonowych, wielkich stopniach siedzą setki młodych ludzi, którym nie straszna jest policja, straż miejska i wszelkie mandaty, Piją wszystko co pić można, pewnie i palą wszystko co palić można, bez żadnych oporów i strachu przed prawem. Znajdujemy odpowiednie miejsce dla 6 osób, kilku solidnych butelek piwa, wódki, chipsów, paluszków i ciastek.
By nie musieć opowiadać wszystkich szczegółów, posłużę się zdjęciami.





 Tego wieczoru czas stanął w miejscu i nabawił mnie bólu brzucha od śmiechu.


Wtorek, 4 września.

Ten dzień został w pełni oddany w ręce mojej Mamie. Po raz kolejny przekonałam się, że z nikim tak niesamowicie, błogo i beztrosko nie spędzam czasu, jak z Nią.

Były Łazienki, które udowodniły nam, że jednak są tu miejsca, w których nikt nigdzie nie pędzi, gdzie każdy zwalnia kroku, siada na ławeczce, leży na trawie i uśmiecha się do mijanych osób. Pokazały nam, że to jest właśnie miejsce, gdzie Warszawiacy przyjeżdżają zaczerpnąć odrobiny tchu. Zazdroszczę im, bo mają takie niemalże w sercu miasta.
Że mogą wpaść tam na moment, w porze na lunch i pomyśleć, albo wręcz przeciwnie, rozłożyć się pod drzewem i wyłączyć umysł.
Że nie wstydzą się zaczepiać turystek i robić im przez dwie godziny zdjęć we wszystkich najpiękniejszych zakamarkach !













Później standardowa przechadzka po Nowym Świecie, spacer na Starówkę, pogawędka z Zygmuntem uwięzionym na szczycie wielkiej kolumny, rozkoszna szarlotka z lodami u Pani Gessler, której tak wychwalana przez telewizję restauracja oraz potrawy oczywiście okazały się naciąganą farsą, ponieważ poza ciastem nie miała nam do zaoferowania nic smacznego. Ale towarzystwo ukochanej Mamy wynagrodziło zimny barszcz i starego pasztecika.














Środa, 5 września.

Dobrowolnie i samodzielnie wybrałam się na wycieczkę do Muzeum Powstania Warszawskiego, nie pytajcie dlaczego, sama się nad tym zastanawiam jeszcze dziś, ale to było naprawdę poruszające przeżycie i choć problem tego wydarzenia ma tak podzielone zdania i tyle prawd ilu historyków, to ekspozycja została stworzona przez prawdziwego fanatyka tego wydarzenia.
Już od dawna nic nie zadziałało w ten sposób na moje wszystkie zmysły, a już szczególnie zwiedzanie miejsca, które doskonale wpisuje się w grafik szkolnej wycieczki.









Później Piotr pokazał mi, jak to jest być znowu dzieckiem i zrobił to pokazując mi Centrum Nauki im. Kopernika.
Kto tam nie był, ten nigdy nie żył. Sądzę, że to powinno być jednym z największych priorytetów, dla odwiedzających Warszawę. Istny Kosmos! To miejsce wyjaśnia wszystko, pokazuje wszystko i udowadnia wszystko, przynosząc ze sobą tony śmiechu i radości, niestety 2,5 godziny to zdecydowanie za mało, by zobaczyć wszelkie oferowane atrakcje.

Co więcej, Piotr pokazał mi, że najlepsze pączki niestety nie są w Szczecinie na Basenie Górniczym, lecz gdzieś niedaleko Złotych Tarasów, nadziane wiśniami i czekoladą. Moje kubki smakowe oszalały i nawet szarlotka z lodami Gwiazdy TVN umywa się do nich. 
Ponadto dowiedziałam się, że Praga wcale nie jest Gorzowskim Kwadratem i można znaleźć tam nieczynną już Wytwórnię Wódki oraz masę malutkich kawiarenek, pełnych kolorowych ludzi, zagranicznych piw i ciekawych dekoracji.

Opary Absurdu pozwoliły nam na degustację kompletnie dziwnych i niespotykanych mi dotąd piw.
Z wielką chęcią opisałabym to wszystko z większym entuzjazmem i energią, lecz pora oraz stan nie pozwalają mi na to, więc czas, bym położyła się spać.








Dziękuję za uwagę.
Dawno mnie tu nie było,
Wasza Kamila.


P.S.
Zdjęcia zostały zrobione telefonem, dlatego nie dziwcie się ich paskudną jakością!


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Prażyny


Och, znowu minął miesiąc, a makamaki milczą. Czas mija nam na podróżowaniu, jedzeniu, chodzeniu ( niektórym z mak mija stety/niestety na wiecznym pracowaniu). 

Połowa mak wraz z najwierniejszą czytelniczką i fanką, najpopularniejszego bloga w sieci ( mam na myśli makamakę) udała się ( ostatnio chciałam napisać) do Pragi-Prażynki, w której trzeba przyznać prażyło. Po dwóch przesiadkach, milionie godzin spędzonych w pociągu/hali dworca/autobusie/metrze dotarłyśmy, zakwaterowałyśmy się, wyszłyśmy. W Pradze spędzałyśmy fantastyczny czas na spotykaniu się z ludźmi fantastycznymi, którzy znaleźli się przez couchsurfing ( chyba nadszedł czas na specjalny surferski post), przerażających MC, całodniowym chodzeniu, zwiedzaniu, wspinaniu się na miejskie pagórki, obserwowaniu, siedzeniu koło metronomu, szukaniu sprawunku razem z greckim Costasem, bulwersowaniu kelnerów, odkrywaniu kolejnych funkcji tuszu do rzęs, przechodzeniu koło ambasady, podśpiewywaniu przypadkowych pieśni, odkrywaniu praskiego księgarnio-antykwariatu Szekspira i wielu wielu innych czynnościach, o których zapomniałam, ewentualnie wstydziłam się wspomnieć.

Szczęście miałyśmy też ogromne gdyż akurat w trakcie naszych wojaży odbywał się tam targ ( ma miejsce co dwa tygodnie w niedzielę nad Wełtawą) wszystkiego połączony z jedzeniowym. Czego tam nie było ( pewnie wielu wielu rzeczy) ale każde miałam ochotę powąchać, zabrać, zjeść, kupić. Nasz nowy praski kolega sprawił sobie nawet drzweko(?) z miniaturowym chili, które zamierza podlewać i za jakiś czas użyć do zachwycającej kubki smakowe potrawy. Miałyśmy takie szczęście, że koledzy zaprosili biedne polskie dzierlatki na obiad do swojego uroczego mieszkania i nakarmić ich całkiem pełne żołądki.

Z ważniejszych rzeczy, rad i porad praskiego podróżnika poleca się zacząć zwiedzanie w stylu las turistas od Hradczan i stopniowo schodzić w dół zamiast wspinać się na wysokie miejsce pagórki.

Kolejne z sesji ;)

Ania, najlepszy przewodnik nie-przewodnik po praskich zakamarkach.

Najmniej lubiany,przez towarzystwo, praski most ze względu na wszechobecnych las turistas.

Zienia przy książkowieży.

Schody u kubistów

Mariowe mapowe szukadła.

Jedna maka.

Różności targowe.

Bitwa na miny

Wielkie Metamorfozy - przed.

Wielkie Metamorfozy - po.

Poza na touristasa.



Miranda la veranda plus Zienia w odbiciu.

Najpiękniejsza Zienia i najbardziej niemiły kelner wszechświata

Zapychający trdelnik, koniec świata.



Nakladany hermelin, pyszna bomba.



karmiciele
Miranda