środa, 4 września 2013

Travelling is daydreaming

I had a dream. Quite a long dream. It took me a month to wake up. Sometimes I have an impression that dreaming never actually ended up. I can only hear this amazing swedish girl streaming from the speakers. The feeling of being surrounded with the soft and at the same time disturbing voice calms me down. I’m reading the recipe for the tenth time. Just to make sure, you know. I can’t spoil it. I’m a perfectionist, I may exaggerate. It is a big word. Too big. Huge. But I’d like a cake to grow and grow. I can already smell yeast and this very buttery dough /The texture of yeast. You press a little bit – it crumbles immediately/ I can only remind myself of my person saying that none’s going to drop by, so we have to eat the whole cake ourselves. And we’ll become fatty girls with enormous asses. Yes.






A small shop in my neighbourhood. This lady has been working there since I can remember. She’s got the same name as I do. I enjoy these small-talks. Hi, Marysia. How are the things going? Still studying? – Yes, yes, everything’s fine. Oh, where do you take these sweet plums from? I can’t resist. And she’s smiling, advising me and always replying “See you”. And then we see each again and again.

Going back to dreaming. Dreams are good. Dreams are best. Even if they’re frightening you. There’s always some truth in them. It’s a part of you, so you can’t deny them. Mine was lovely and colorful. There were so many people. I can remember all the faces and almost all the names. We had difficulties understanding what we were being told in norwegian. The only reaction was looking at each other, laughing and converting to English. You’re not fully yourself when you’re speaking in a foreign language. You’re not that funny and spontaneous. Some things are simply not to be translated. 

A long corridor and a set of doors. All look alike. One of them open, I can see a familiar face. We smile at each other, we set up a meeting for the evening. Are we going out again? Yes, the two of us. Me and Eva – we were the toughest players! But also My Smoking Lady, the only badass companion of a cigarette. 




And there was rain, and there was sun. This hipsta, cosy café and their strong, black coffee (I think I was out of order that day). Talking and laughing about everything and nothing. Locals are a specific sort of people. Have you ever wondered why they are so cool? Me neither. But they are. The balcony-meetings are not to be forgotten. All the food that was way too expensive, but we were buying it anyway. 

The very last evenings are never ordinary ones. Sadness, a thought of losing someone/something and not being able to catch them in the nearest future. But they’ve got the sea. They’ve got a lot of water. Just sit by the sea, listen to the person talking about music, its power. See how this person is committed to the subject. 

Hug. 
Your shoulders. 
See the darkness on the horizon. It’s getting cold.

An artist. This is someone. How it is to be an artist? I’m not one. I’m only good at moving my ears, creating new words, mixing ingredients and doing funny/scary/not-to-be-controlled face expressions. I’ve heard from my friends that they were terrified when they first saw me. My face was like I don’t give a fuck about you all. But they changed their minds, I’m not that bitchy bitch, I am to be liked. I hope.

Anyway – artists. Me and Ana met ones there abroad. This abstract drawing on the wall is still in front of my eyes. A rainbow tree, in my opinion. An ice cream-like-tree, in his. Three cigarettes smoked one after another, my throat is in pain. I’m losing my voice; I can hardly hear. What do you want to dream about tonight? – To become healthy tomorrow. Yes, a power of words. And a power of hot cocoa that I missed while walking for 2 hours along almost-the-highway with my dearest Ana. This rainy country and our bad luck when it comes to the night buses. And then naked asses back home.
Ana and me. We like to cooperate. And we’re really good at it /We wrote a relation from Øyafestival. We’ve been working across the sea/ But we need a map. And one of us knows the way to Radarveien. It’s 6am when we’re reaching our destination. I’m proud of her. She’s now out there picking blueberries and baking muffins (with Ølgøl), she misses a glass of hot milk being drank every evening. We miss talking to each other, wondering how beautiful and cruel life can be. We actually don’t even need to talk to know. We eat beereals for breakfast every day.

There’s Olga on the phone. Her voice reminds me of the other night and morning in june spent in the park in front of the Opera. I’m laughing. It’s really nice to realize that your friends remember about you even when they’re far from home.
Me and Majkel, we’ve got a plan. An amazing one. We’re laughing. There are gonna be Okti and her satelites on the first page.




The cake smells. And tastes. I can comfort myself with a cup of tea and a piece of yummy stuff and things. When I meet my person in two weeks, I hope she won’t tell me that my ass is as wide as the wardrobe in my room. But some guy asked me lately if I’m not working in the mode-business. Let’s eat even more cakes and pies then!
I hope a spider will not bite me in the leg, I hope it’s gonna be fine.
Night is magical. 

I’m not lucky. I managed to notice a shooting star only once.




~ Rebeka aka Maria

niedziela, 7 lipca 2013

Losing my track of time


Ostatnia aktywność tutaj zakończona została słowami ZAWSZE NAJLEPIEJ. Posesyjna bryza pomuskała mnie takim właśnie w(y)rażeniem, więc nie pozostało mi nic innego, jak odkurzyć nasz porzucony blog.

Pół roku to szmat czasu. Mogłoby się wydawać, że w tak długim okresie można zrobić niemal wszystko – podróże dookoła świata (albo własnej osi), wiksywiksy every weekend, poznawanie współziomków, nowe wrażenia (smakowe, wzrokowe, muzyczne), trofea maści wszelkiej. Brzmi cudnie i trochę żałuję, że większość z powyższych uciekła sobie do lasu, ukryła się gdzieś w ziemi i zapadła w rodzaj snu zimowego, ale wiosennego. Dotknęły nas za to mrozy mieszkaniowe i przeprowadzki ze dwie.

Kręciłam się wokół własnej osi bardzo długo. Teraz mam to sobie za złe. Studia i piękny budynek Novum poznańskiego nie mają prawa pozbawiać człowieka tej danej w pakiecie urodzinowym wolności i przestrzeni życiowej. Jest w tym wina też i moja, bo na pewno można studiować na dziesięciu kierunkach, pracować na trzy etaty i pięć zmian, wyprowadzać psa, delektować się aromatem potu jeżdżąc kilka razy dziennie miejską komunikacją i wyrabiać się ze wszystkim. W to nie wątpię, ale dla większości sztuka ta jest zupełnie obca i niemożliwa do opanowania.

Mimo nadmiarów i powodzi naukowych czułam się spełniona w tej części bardziej życiowej i absolutnie istotnej dla zdrowego funkcjonowania. LUDZIE to hasło-klucz, słowo magnes, KULTURREFERANSE i w ogóle fenomenoneenomeno. Kierunkowi ludzie nie zawodzą, udowadniają to na każdym kroku i po tym pół roku mogę stwierdzić, że są niezastąpieni. Tym samym dołączyli już do grona osób wcześniej mi znanych, które też muszą być, żebym ja była. Chodzą słuchy, że człowiek z natury jest egoistą, martwi się tylko o siebie, a ludzie wokoło mogą nie istnieć. Dobrze się spotkać, pogadać, ale generalnie to bez szału. Z drugiej strony człowiek to istota stadna i w samotności uschłaby ze smutku. No więc ja chyba uschnę, kiedy większość poleci w Wielki Norweski Świat albo Austriacki albo Amsterdamski. Popracuję w fabryce jako starsza specjalistka od pakowania liści rukoli do plastikowych pudełek i zarobię na bilety w te wszystkie strony Ojropy.


Z serii "Przeżyj to sam (ale z Mirkiem)": Tańcząca czili-parówka

Z tej samej serii:  Pan niosący sól i pieprz, który czeka aż go odbiorę z wystawy <3

Tartucha z jabłkiem
Śniadaniowy piknik-niespodzianka na domowej wykładzinie

Jeden z niewielu pysznych obiadów na Oświeconym Osiedlu

Właśnie lunęło jak z cebra, spoglądam przez niezbyt czyste szyby siedząc w niezbyt czystym mieszkaniu. Ściana deszczu przywołuje pakunek wspomnień, które ciężko zebrać w logiczną całość. Dlatego wkradnie się tutaj taki niewielki Strumień Jej Mości Świadomości.

Miron Kaszton
Balkonowe grillowanie elektryczne, ale jakie przepyszne. Pizzony w ilościach ogromnych wyłaniające się z Kamowego piekarnika. DOBRA DOBRA. Kama PrawieKrypotomanka. Mirinda uwielbiająca czytać magazyny dla kobiet nocną porą w Krecikach. Grzanie tyłka w największym słońcu przy jednoczesnym czytaniu o rolnikach w Szwecji. Kasztany spadające na głowy. Snakke sammen. Spokojne rozmowy bez krzyków w polskich kolejach. Słońce świeci od rana do nocy. Stopy zwiedzają targ staroci. Potem kroczą dumnie pod ręce z dwoma Dżentelmenami-Również-Stopami w ślad za szwedzką orkiestrą dętą. Prodiże najlepsze tylko z Gryfi. Czilling trawnikowy, prawie wakacyjny. Podróż za jeden uśmiech nad morze. Gra w panini stała się nową dyscypliną, może nawet olimpijską. Wieczerza Wigilijna w czerwcu zawsze spoko. 


Pizzo Kamowy
 Zadowolona i najedzona MakaMarta , która zamieszka z nami w Posen!

Patriotyczne trofea również (w których zdobywaniu  nie było mi dane wziąć udziału). Niespodziewana wizyta Tomczyk Marty w naszych skromnych progach. Buddyjskie opowieści z pierwszej ręki. Stresy i stresy jak cholera. Lampion z Kametą i Husseinem, który nigdy do Oslo nie doleci… 

Prawie cała zgermanizowana crew








Smutny lampion, który zaniemógł i nie poleciał do Oljelandu

Gdańskie dziwne i piękne miejscówki. Skradzione żarówki za miljony monet. Prąd za jeszcze więcej miljonów. Czerwone kwiatki pod MonteŁazienką na Oświecenia. Elograffiti na Elomiejscówce. Rapsy jakieś nocne. Srające gołębie. Rozmowy o kupie przy śniadaniu. Kanapka z kotletem, której zabrakło w dniu egzaminu. Zienia jedząca codziennie kilogram truskawek, straszona przez burze z piorunami. Olga w latinosukience. RullegardnierMiecz. Anna znająca już moje myśli muzyczne i życiowe. DJ Broiler motywujący do pracy (również do fizycznej na PROGYM). Krążący Napitek Pokoju w parku do 4 nad ranem. Zraszacze-Dupacze. Mróz i mróz i toiletroom za ziko pięćdziesiąt, więc nie inaczej, jak tylko na Jana.

Halfway-Spotkanie w Whitestoku zaskoczyło niezwykle pozytywnie. Tym, co pokazała SoKo, będę się zachwycała jeszcze długo i nigdy więcej nie zaprzeczę, że jest ona wulkanem energii. Wyłaniający się z każdego zakątka Wilhelm z Jerusalem was making each of our days. Nie wspomnę o tym, że razem z Anią przesadziłyśmy, bo wiemy to już aż zbyt dobrze. Podobnie Anna2, razem znane jako Anabananana - Emiliana Torrini na Mamę Całego Świata! Tylko ona (Emilka) mogła zaspać na umówiony wywiad, poprosić o whisky podczas koncertu, zapomnieć tekstu własnego utworu i opowiadać o tym, jak postanowiła poskakać z łóżka na łóżko w pokoju hotelowym i w końcu uderzyć głową o jego kant <3 Atmosfera kameralności i prawdziwości tego wszystkiego sprawiła, że ja poczułam się tam nierzeczywiście, jakby ktoś na górze pokierował moją ręką klikającą w internetach na opcję „kup bilet na halfway za jedyne 80ziko!”. 

Ana śniadaniuje. Gołębie, tradycyjnie, zakłócają ciszę

Godny mural na ośce białostockiej 

WJADOMKA

Nie przeszkodziło mi i Ani to, że mokłyśmy jak największe kury i koguty, byle tylko zostawić plecaki w zagrodzie operowej i ruszyć na wyśmienity obiad dopełniony wyśmienitymi rozmowami, żartami-sucharami i omawianiem planów na kolejny festiwal, tym razem poza granicami Løklandu (dla anorweskich ziomków – Polski). Jacek Żartowniś, którego zdjęcie pt. „Gdzie jest Wally?” jest lepsze niż te wszystkie w gazetkach o człowieku w białego-czerwonej czapuni (swoją drogą – bardzo to patriotyczne). Jego opowieści o hostelowych współlokatorach z europejskich instytucji, o wywiadach pt. „Jakie masz plany na majówkę?”. I podsumowanie festiwalu najbardziej delikatnym sernikiem, jaki kiedykolwiek jadłam..

Wons-kucharz z torbofartuchem, Zienia-dyrygent i ukryty gdzieś Siema - Stolyca się bawi!

Maryja tylko jeeeeee

Prezent rowerowy dla Anny-Bananny był w oczko trafiony! Nic lepszego kupić nie mogliśmy. Plener zawsze uchodził za najlepsze miejsce spotkań, ale plener ogrodowy to plan idealny (do pełni szczęścia – stan również idealny). Wprawdzie w nocy komary harcują, ale spacerowanie promenadą i siedzenie na ławeczce razem z Szymborską Wisławą i jej kotem warte są takich poświęceń. Całości-radości dopełnił poranny chill w ogrodzie, słońce świeciło, Marzia słowa cały czas dotrzymuje. Doceniam nasze spotkania też za to, że każdy przygotowuje coś do jedzenia. Nawet jeśli są to sałatki czy inne muffinki, to zawsze bardziej docenione. A tego tu gotowania brakuje mi bardzo.



Czelaut, stopy odpoczywają

Jakiś czas temu minęła mnie na ulicy Pani z wózkiem, obok którego szła jej mini-córka. Cieszyła się bardzo z tego, że dostała od mamy bułkę. Ostatnimi czasy produkty z rodziny Pieczywo również cieszą mnie najbardziej, chyba mam to po niejakim Sebie, którego żałuję, ze nie poznałam. Dlatego musiałam się uśmiechnąć do tej mini istoty. Ponoć moja mina odstrasza wszystkich już na dzień dobry, więc lepiej było zrobić cokolwiek z mimiką. Oczywiście nie zmienia to faktu, że nadal mnie irytują natarcia Wózkowych w miejskich pojazdach.
Wcinam czekoladę, popijam herbą (tak, herbą) zieloną z cytrynową limonką i planuję wojaż norweski. Miljony monet znikną prędko jak Struś Pędziwiatr, ale wiem, że warto, i że przeżyję przygodę zupełnie odmienną od tych wcześniejszych. 
Przez jeden tydzień wakacji wydarzyło się więcej niż przez ostatnie pół roku, niechaj passa się utrzyma.

A na pocieszne zakończenie mamy dla wszystkich kuferki słodyczy ufundowane przez naszych sponsorów! 
Oraz szwedzką świeżynkę prosto z Halfwaya : ))




~ Rebeka

piątek, 4 stycznia 2013

Niekończący się bifor,patoloże i Marzia Gaggioli na Kilimandżaro!



Są takie sytuacje,w których nawet najbardziej jednoznaczne skróty nabierają nowego znaczenia.

Wstajesz rankiem nie na budzik (a przebrzmiało pięć),w pośpiechu zagryzasz sen kanapką,kawa towarzyszy ci w drodze do przedpokoju,a potem zostawiasz ją niedopitą na szafce na buty,bo przypomniało ci się,że masz ostatnią szansę,żeby zdążyć na pociąg,jadący  do miejsca,w którym czas biegnie jak mu się chce.
W pociągu musisz zmierzyć się ze współtowarzyszami podróży bredzącymi od rzeczy,z paczkami chipsów,które zdają się pękać w tempie wystrzeliwanych na ulicach petard,z baterią telefonu,której przyszło się wyczerpać na Twoim ukochanym Glasperze...
Ale w końcu jesteś. Poznań wita cię mroźnym powietrzem i gorącą perspektywą wieczornej hulany (ho,ho,ho).
Kiedy już przebrniesz przez miejski gąszcz świateł i zakamarków,na pierwszym piętrze ‘akademika dla Gorzowiaków’,mieszczącego się przy ulicy Wojskowej,przywita Cię Jessie Ware i jedna z makowych Ka-cząstek. Potem pójdziecie razem do Manekina na najlepsze naleśniki z rybą i kurczakiem,a przy wyjściu spotkacie żydo-żydolubną parę,która zaciągnie Was na kawę do swojego nowego mieszkania,takiego z podgrzewaną podługą i ekstra wielofunkcyjnym łóżkiem. Uśmiejecie się do bólu brzucha,świat zacznie pęcznieć,dostępny limit czasu (na ten jeden wieczór) kurczyć,paznokcie nie będą chciały schnąć,a kreski się namalować. I choć jak zwykle się spóźnicie-zdążycie przed 00:00.
A potem to już ładowanizm ‘no limits’,bronello,tańce hulańce,peruwiańskie schabowe,bang za bangiem,uśmiechy,śmiechy,kaczuchy (a to wszystko w koszulach i na szpilkach) i poczucie,że mimo wszystkich nieudogodnień,znalazłeś się we właściwym miejscu,o najwłaściwszej porze. Wygonią Was z imprezy sztampowym utworem,w którym ktoś brzęczy,że ‘to już jest koniec i nie ma już nic’ (piosnka,za którą traci się szacunek do Elektrycznych Gitar – jeśli wcześniej w ogóle się go miało). Wyjdziecie na powierzchnię i wdychając zupełnie nowe (bo przecież tej nocy napoczęte) powietrze,uświadomicie sobie,że całe 2013 lat czekaliście na takich ludzi i że zupełnie nie macie ochoty się z nimi rozstawać.
I choć szamotanina chęci,dotyczących kolejnego przystanku waszego niekończącego się biforu,będzie się zdawała nie mieć jednego rozwiązania,każdy prędzej czy później padnie na posłaniu (lub też nie),by rześko i z przyjemnością oddać się powinnościom dnia następnego.
A dnia następnego,pierwszego noworocznego,atmosfera stanie się gęsta (i tu zmyłka,bo za sprawą zamkniętych drzwi i okien,a nie kwasów jakichś) i wszyscy z kac humorem,lecz bez kaca [ ;) ],ze zniecierpliwieniem zaczniecie oczekiwać na dzwonek do drzwi (a z każdym kolejnym napięcie i głód będą rosły,bo okażą się fałszywe) ,dzięki któremu zbawienne właściwości rozwoziciela pizzy,nabiorą jeszcze większego splendoru. Poleżycie tak sobie odłogiem a i tak będziecie rad jak pierwiastek (śmiech).
Każdy kolejny dzień okraszony będzie pozytywnością (żeby nie rzec,pozytywizmem,bo wasz brak utylitarności,trochę się z tym gryzie),posmakuje naleśnikami,zaśmierdzi kebabem i będzie pełen żartów suchych jak lód (śmieszne porównanie,jakby ktoś przeoczył sens)…

D Z I Ę K U J Ę (my)

Zawsze Najlepiej

P.S. A niektórzy z Was wrócą do swoich zapyziałych ‘końców świata’ i rozpoczną after w łóżku z pyralginą i herbatą z cytryną.

marta