Nie było mnie tu najdłużej, najdłużej jak tylko można sobie wyobrazić. Maria w tym czasie zdążyła natworzyć tysiące słów wyśmienitych, a my poczytywaliśmy i poachiwaliśmy z zachwytów. W czasie zdążyłyśmy przewinąć się przez trzy mieszkania ( i kolejnego w mym wypadku poszukiwania), dwie sesje, ogromne ilości europejskich kilometrów do bardziej i mniej odległych zakątków, wypowiedzieć miliardy słów lepszych i gorszych.
Jednak póki co moja głowa i myśl wszelka skierowana jest tylko na życie nie tak odległe w austriackich krainach, w nie do zamieszkania krainach pełnych mieszkaniowych zamieszań. W pięknych miejscach, idealnych do zachwytów i uchwytów dla tych, którym od uroków zakręciło się nieco w głowie. Dla wszystkiego, dla życia tych którzy w przypływie swojej odwagi postanowili spędzić tam życia swojego skrawek.
Dzień dobry wiedeńskie życie, niezbyt miło się z nim witało o 3 nad ranem, ale później. Później wizyta w mieszkaniu, w którym spędziłaś swe pierwsze wiedeńskie chwile i śniadania. Potem chwila w uczelnianych dziedzińcowych otoczkach i powroty, i dachowe wieczory, tajniackie muzea, panowie z zawiniętym wąsem, panie bez wąsów. Kolejki, koleinki, kanapki, materace, balkony, szwędactwo. Wszystko.
Proste, nieproste. Nie wiem czy wiecie ale w mieście życia aktualnego też jest komunikacja miejska, która wszędzie rządzi się tymi samymi prawami. WSZYSTYKIMI. Jeżeli siedzisz sobie spokojnie i obserwujesz trasę autobusu, który kojarzysz tylko z numeru i wiesz, że jedzie w Twoją stronę to tuż po chwili siada na przeciwko Ciebie Pan wydający z siebie alkoholowy odór na sto tysięcy autobusowych centymetrów, ale ale, żeby nie było zbyt różowo. Pani, która posiada największą ilość toreb też zmierza właśnie w Twoim kierunku. Bardzo chcesz myśleć 'ulala, przecież pięknie tu i wspaniale' to ten niezbyt przyjazny odór nie pozwala.
Wracasz do domów i zjadasz, wychodzisz i zapominasz, wracasz i jest. Odnajdujesz przejścia i wyjścia. Masz kluczowe obsesje.
środa, 2 października 2013
środa, 4 września 2013
Travelling is daydreaming
I had a dream. Quite a
long dream. It took me a month to wake up. Sometimes I have an impression that
dreaming never actually ended up. I can only hear this amazing swedish girl streaming
from the speakers. The feeling of being surrounded with the soft and at the
same time disturbing voice calms me down. I’m reading the recipe for the tenth
time. Just to make sure, you know. I can’t spoil it. I’m a perfectionist, I may
exaggerate. It is a big word. Too big. Huge. But I’d like a cake to grow and
grow. I can already smell yeast and this very buttery dough /The texture of
yeast. You press a little bit – it crumbles immediately/ I can only remind
myself of my person saying that none’s
going to drop by, so we have to eat the whole cake ourselves. And we’ll become
fatty girls with enormous asses. Yes.
A small shop in my neighbourhood. This lady has been working there since I can
remember. She’s got the same name as I do. I enjoy these small-talks. Hi, Marysia.
How are the things going? Still studying? – Yes, yes, everything’s fine. Oh, where
do you take these sweet plums from? I can’t resist. And she’s smiling, advising
me and always replying “See you”. And then we see each again and again.
Going back to dreaming.
Dreams are good. Dreams are best. Even if they’re frightening you. There’s
always some truth in them. It’s a part of you, so you can’t deny them. Mine was
lovely and colorful. There were so many people. I can remember all the faces
and almost all the names. We had difficulties understanding what we were being
told in norwegian. The only reaction was looking at each other, laughing and converting to
English. You’re not fully yourself when you’re speaking in a foreign language.
You’re not that funny and spontaneous. Some things are simply not to be
translated.
A long corridor and a set of doors. All look alike. One of them open, I can see a familiar face. We smile at each other, we set up a meeting for the evening. Are we going out again? Yes, the two of us. Me and Eva – we were the toughest players! But also My Smoking Lady, the only badass companion of a cigarette.
And there was rain, and there was sun. This hipsta, cosy café and their strong, black coffee (I think I was out of order that day). Talking and laughing about everything and nothing. Locals are a specific sort of people. Have you ever wondered why they are so cool? Me neither. But they are. The balcony-meetings are not to be forgotten. All the food that was way too expensive, but we were buying it anyway.
The very last evenings are never ordinary ones. Sadness, a thought of losing someone/something and not being able to catch them in the nearest future. But they’ve got the sea. They’ve got a lot of water. Just sit by the sea, listen to the person talking about music, its power. See how this person is committed to the subject.
Hug.
Your shoulders.
See the darkness on the horizon. It’s getting cold.
An artist. This is
someone. How it is to be an artist? I’m not one. I’m only good at moving my
ears, creating new words, mixing ingredients and doing
funny/scary/not-to-be-controlled face expressions. I’ve heard from my friends
that they were terrified when they first saw me. My face was like I don’t give a fuck about you all. But
they changed their minds, I’m not that bitchy bitch, I am to be liked. I hope.
Anyway – artists. Me and Ana met ones there abroad. This abstract drawing on the wall is still in front of my eyes. A rainbow tree, in my opinion. An ice cream-like-tree, in his. Three cigarettes smoked one after another, my throat is in pain. I’m losing my voice; I can hardly hear. What do you want to dream about tonight? – To become healthy tomorrow. Yes, a power of words. And a power of hot cocoa that I missed while walking for 2 hours along almost-the-highway with my dearest Ana. This rainy country and our bad luck when it comes to the night buses. And then naked asses back home.
Ana and me. We like to
cooperate. And we’re really good at it /We wrote a relation from Øyafestival.
We’ve been working across the sea/ But we need a map. And one of us knows the
way to Radarveien. It’s 6am when we’re reaching our destination. I’m proud of
her. She’s now out there picking
blueberries and baking muffins (with Ølgøl), she misses a glass of hot milk
being drank every evening. We miss talking to each other, wondering how
beautiful and cruel life can be. We actually don’t even need to talk to know.
We eat beereals for breakfast every day.
There’s Olga on the phone. Her voice reminds me of the other night and morning
in june spent in the park in front of the Opera. I’m laughing. It’s really nice
to realize that your friends remember about you even when they’re far from
home.
Me and Majkel, we’ve got a plan. An amazing one. We’re laughing. There are
gonna be Okti and her satelites on the first page.
I hope a spider will not bite me in the leg, I hope it’s gonna be fine.
Night is magical.
I’m not lucky. I managed to notice a shooting star only once.
Night is magical.
I’m not lucky. I managed to notice a shooting star only once.
~ Rebeka aka Maria
niedziela, 7 lipca 2013
Losing my track of time
Ostatnia aktywność tutaj zakończona została słowami ZAWSZE
NAJLEPIEJ. Posesyjna bryza pomuskała mnie takim właśnie w(y)rażeniem, więc nie
pozostało mi nic innego, jak odkurzyć nasz porzucony blog.
Mimo nadmiarów i powodzi naukowych czułam się spełniona w
tej części bardziej życiowej i absolutnie istotnej dla zdrowego funkcjonowania.
LUDZIE to hasło-klucz, słowo magnes, KULTURREFERANSE i w ogóle
fenomenoneenomeno. Kierunkowi ludzie nie zawodzą, udowadniają to na każdym
kroku i po tym pół roku mogę stwierdzić, że są niezastąpieni. Tym samym
dołączyli już do grona osób wcześniej mi znanych, które też muszą być, żebym ja
była. Chodzą słuchy, że człowiek z natury jest egoistą, martwi się tylko o
siebie, a ludzie wokoło mogą nie istnieć. Dobrze się spotkać, pogadać, ale generalnie
to bez szału. Z drugiej strony człowiek to istota stadna i w samotności
uschłaby ze smutku. No więc ja chyba uschnę, kiedy większość poleci w Wielki
Norweski Świat albo Austriacki albo Amsterdamski. Popracuję w fabryce jako
starsza specjalistka od pakowania liści rukoli do plastikowych pudełek i
zarobię na bilety w te wszystkie strony Ojropy.
| Z serii "Przeżyj to sam (ale z Mirkiem)": Tańcząca czili-parówka |
| Z tej samej serii: Pan niosący sól i pieprz, który czeka aż go odbiorę z wystawy <3 |
![]() |
| Tartucha z jabłkiem |
| Śniadaniowy piknik-niespodzianka na domowej wykładzinie |
| Jeden z niewielu pysznych obiadów na Oświeconym Osiedlu |
Właśnie lunęło jak z cebra, spoglądam przez niezbyt czyste
szyby siedząc w niezbyt czystym mieszkaniu. Ściana deszczu przywołuje pakunek
wspomnień, które ciężko zebrać w logiczną całość. Dlatego wkradnie się tutaj
taki niewielki Strumień Jej Mości Świadomości.
| Miron Kaszton |
| Pizzo Kamowy |
| Zadowolona i najedzona MakaMarta , która zamieszka z nami w Posen! |
Patriotyczne trofea
również (w których zdobywaniu nie było
mi dane wziąć udziału). Niespodziewana wizyta Tomczyk Marty w naszych skromnych
progach. Buddyjskie opowieści z pierwszej ręki. Stresy i stresy jak cholera.
Lampion z Kametą i Husseinem, który nigdy do Oslo nie doleci…
![]() |
| Prawie cała zgermanizowana crew |
![]() |
| Smutny lampion, który zaniemógł i nie poleciał do Oljelandu |
Gdańskie dziwne i
piękne miejscówki. Skradzione żarówki za miljony monet. Prąd za jeszcze więcej
miljonów. Czerwone kwiatki pod MonteŁazienką na Oświecenia. Elograffiti na
Elomiejscówce. Rapsy jakieś nocne. Srające gołębie. Rozmowy o kupie przy
śniadaniu. Kanapka z kotletem, której zabrakło w dniu egzaminu. Zienia jedząca
codziennie kilogram truskawek, straszona przez burze z piorunami. Olga w
latinosukience. RullegardnierMiecz. Anna znająca już moje myśli muzyczne i
życiowe. DJ Broiler motywujący do pracy (również do fizycznej na PROGYM).
Krążący Napitek Pokoju w parku do 4 nad ranem. Zraszacze-Dupacze. Mróz i mróz i
toiletroom za ziko pięćdziesiąt, więc nie inaczej, jak tylko na Jana.
Halfway-Spotkanie w Whitestoku zaskoczyło niezwykle
pozytywnie. Tym, co pokazała SoKo, będę się zachwycała jeszcze długo i nigdy więcej nie zaprzeczę, że jest ona wulkanem energii. Wyłaniający się z
każdego zakątka Wilhelm z Jerusalem was making each of our days. Nie wspomnę o
tym, że razem z Anią przesadziłyśmy, bo wiemy to już aż zbyt dobrze. Podobnie Anna2,
razem znane jako Anabananana - Emiliana Torrini na Mamę Całego Świata! Tylko
ona (Emilka) mogła zaspać na umówiony wywiad, poprosić o whisky podczas koncertu,
zapomnieć tekstu własnego utworu i opowiadać o tym, jak postanowiła poskakać z
łóżka na łóżko w pokoju hotelowym i w końcu uderzyć głową o jego kant <3
Atmosfera kameralności i prawdziwości tego wszystkiego sprawiła, że ja poczułam
się tam nierzeczywiście, jakby ktoś na górze pokierował moją ręką klikającą w
internetach na opcję „kup bilet na halfway za jedyne 80ziko!”.
| Ana śniadaniuje. Gołębie, tradycyjnie, zakłócają ciszę |
| Godny mural na ośce białostockiej |
| WJADOMKA |
Nie przeszkodziło mi i Ani to, że mokłyśmy jak największe kury i koguty, byle tylko zostawić plecaki w zagrodzie operowej i ruszyć na wyśmienity obiad dopełniony wyśmienitymi rozmowami, żartami-sucharami i omawianiem planów na kolejny festiwal, tym razem poza granicami Løklandu (dla anorweskich ziomków – Polski). Jacek Żartowniś, którego zdjęcie pt. „Gdzie jest Wally?” jest lepsze niż te wszystkie w gazetkach o człowieku w białego-czerwonej czapuni (swoją drogą – bardzo to patriotyczne). Jego opowieści o hostelowych współlokatorach z europejskich instytucji, o wywiadach pt. „Jakie masz plany na majówkę?”. I podsumowanie festiwalu najbardziej delikatnym sernikiem, jaki kiedykolwiek jadłam..
| Wons-kucharz z torbofartuchem, Zienia-dyrygent i ukryty gdzieś Siema - Stolyca się bawi! |
| Maryja tylko jeeeeee |
Prezent rowerowy dla Anny-Bananny był w oczko trafiony! Nic
lepszego kupić nie mogliśmy. Plener zawsze uchodził za najlepsze miejsce spotkań, ale plener ogrodowy to plan idealny (do pełni szczęścia – stan również
idealny). Wprawdzie w nocy komary harcują, ale spacerowanie promenadą i
siedzenie na ławeczce razem z Szymborską Wisławą i jej kotem warte są takich
poświęceń. Całości-radości dopełnił poranny chill w ogrodzie, słońce świeciło,
Marzia słowa cały czas dotrzymuje. Doceniam nasze spotkania też za to, że każdy
przygotowuje coś do jedzenia. Nawet jeśli są to sałatki czy inne muffinki, to
zawsze bardziej docenione. A tego tu
gotowania brakuje mi bardzo.
| Czelaut, stopy odpoczywają |
Jakiś czas temu minęła mnie na ulicy Pani z wózkiem, obok którego szła jej
mini-córka. Cieszyła się bardzo z tego, że dostała od mamy bułkę. Ostatnimi
czasy produkty z rodziny Pieczywo również cieszą mnie najbardziej, chyba mam to
po niejakim Sebie, którego żałuję, ze nie poznałam. Dlatego musiałam się
uśmiechnąć do tej mini istoty. Ponoć moja mina odstrasza wszystkich już na
dzień dobry, więc lepiej było zrobić cokolwiek z mimiką. Oczywiście nie zmienia
to faktu, że nadal mnie irytują natarcia Wózkowych w miejskich pojazdach.
Wcinam czekoladę, popijam herbą (tak, herbą) zieloną z
cytrynową limonką i planuję wojaż norweski. Miljony monet znikną prędko jak Struś Pędziwiatr, ale wiem, że warto, i że przeżyję przygodę zupełnie
odmienną od tych wcześniejszych.
Przez jeden tydzień wakacji wydarzyło się więcej niż przez ostatnie pół roku, niechaj passa się utrzyma.
Oraz szwedzką świeżynkę prosto z Halfwaya : ))
~ Rebeka
Subskrybuj:
Posty (Atom)




