Czasem jest tak, że jesz śniadanie o czternastej. Tak, czternastej z jedynką i czwórką. W porze, kiedy każdy porządny obywatel zaczyna już myśleć o obiedzie, o ile jeszcze go nie spożył. Wkładasz jedną po drugiej łyżkę owsianki do ust, przy czym próbujesz wyjrzeć za okno ale kolekcja WSZYSTKIEGO nie pomaga. I zastanawiasz się co się stało w ubiegłym tygodniu. Sen? Półsen? Kiedy minął ten czas? Jak to? A może po prostu dalej śnisz, to bardzo abstrakcyjny sen. Sen, w którym Twój współlokator siedzi w rowerowym kasku przed komputerem. Nie od dziś przecież wiadomo, że w Internecie roi się od niebezpieczeństw, a taki kask sporo może zdziałać.
Ja też działam, ostatnio bardzo uczelnianie, gdyż przez wszystkie bardziej i mniej spodziewane wizyty ( o których już za chwilę, chwileczkę. jak po reklamach. niezły ze mnie napięciotwórca, kariera elektryka zapewniona), nazbierało się pięć tuzinów WIELKICH OBOWIĄZKÓW, wszystkie deadline'y ustawiły sobie stopery na drugi, listopadowy tydzień. No patrzcie je tylko, zmysły postradane. Od poniedziałku do piątkowej trzynastej żyłam tylko domem, tramwajem pierwszym i uniwersytecką otoczką, i niczym innym. Ale to tylko tydzień życiowego 'braku' po supersupercool niespodziewanej wizycie.
Kiedy wszystkie słowa we wszystkich znanych Ci językach odlatują w kosmos, a na twarzy pojawia się radosna ekspresja, uniesione kąty, to oznacza chyba, że człowiek szczęśliwy, CS. Jak jest tak szczęśliwie przez całe cztery dni, to serce może eksplodować. Kiedy masz wizje najsmutniejszych urodzin życia, przyklejona do komputera, a potem dzieją się rzeczy, jedna za drugą, trzecia za drugą, czwarta za trzecią. Kąpać się można w tym szczęściu! Wspaniale, uroczyście. Pewnie to żadna nowość ale Ci tutaj, wszyscy w życiu, dobrze być towarzyskim szczęściarzem, a czasem towarzyską marudą i przebierką.
Potem kolejne wizyty, równie super i cool. Turystyczne opanowane szlaki, do pełnej 'profeski' brakuje mi tylko kolorowego, BARDZO KOLOROWEGO, parasola. Ah i wiedzy o jakiejś fontanno-statule w Schönbrunnowym ogrodzie, w której pojęcia nie mają ludzie mieszkający tutaj po stokroć dłużej niż ja.
Puk, puk, wracam do domu, puk, puk, jest tak cicho, puk, puk, że słuchać tylko obijające się o chodnik sztybletowe podeszwy. W ciele czuć rozprzestrzeniającą się we wszystkich kierunkach ciepłość. Nanananajlepiej, można sobie tylko podśpiewywać pod nosem. Ciepłość ponczowa, ze świątecznego jarmarku, poncz można uświadczyć we wszystkich życia smakach i szybko się w nim zakochać. Tylko za bardzo nie wiadomo, który to jest tym jednym i najodpowiedniejszym. Kuszą tam też jedzeniem, tłustym serem z kluską i innymi specjałami. Znaleźli się austriaccy kucharze i powodują te zapachy, od których Twój żołądek przypomina Ci samą siebie, w którąś z tych sesyjnych nocy, kiedy to jedyną możliwością na pobudzenie była potańcówka.
A potem pada pierwszy śnieg, podczas kiedy ty siedzisz w jednym z bardziej słusznych wiedeńskich mieszkań zaplątana w największy koc świata, przed otwartym oknem i patrzysz. Nie robiłam tego przez dobrą wieczność. Nawet nie wiem jak naśladować spadający śnieg, istnieją na to jakieś odgłosy?
Czuję Polskę
w tramwaju. Trzy stopnie pokonuję, Pan trąca mnie plecakiem – na powitanie,
Polacy to taki uprzejmy naród, no przecież. PanżeMenel wita procentem, a raczej
mnogą ich liczbą. Występ komitetu powitalnego odwzajemniam przemiłym
uśmiechem-grymasem i ruszamy we wspólną podróż. Noc już głucha, światła zgasną
niebawem (idąc za słowami klasyka) mmmm…coś zaczyna drażnić moje nozdrza, tak
delikatnie z początku. Potem uderza i wiem, że prędko się nie wymknę. Aromat
suchej krakowskiej dominuje w, i tak już od dawna zbyt gęstym, powietrzu.
Minuta do wysiadki. Dobrze mieszkać tak blisko Tego Mostu. Na Tym Moście czas
się zatrzymał, nie płynie już od kilku dobrych dni. Zegar wybił godzinę 09:21 i
za nic w świecie nie ruszy dalej. Możliwe, że to teraz takie magiczne miejsce.
Każdy doświadcza tam życiowej pauzy. Nikt by się tego nie spodziewał po tak,
zazwyczaj, zatłoczonym miejscu. Pokochać należy roboty drogowe, rozkopy i
wysokie ogrodzenia. Taka pauza to przywilej.
Wracałam akurat z projekcji filmowej bułgarskiej. Specyficzny to rodzaj kina.
Ale jaki prawdziwy. Smutny i w swoim absurdzie zabawny. Beztroska wszechobecna.
Potrafią wyśmiewać samych siebie i przymrużyć oko na zachowanie otoczenia, tych
wyższych typów. Najważniejsze, że można przejechać tandemem pół Europy.
Kiełbasa i alkohol nas łączą. Dlatego po wyjściu z tramwaju pomyślałam o
przymrużeniu oka, o zabawności tej sytuacji. Że to takie wschodnie, więc trochę
i moje. Szkoda, że nie można przymrużyć nosa, żeby nie czuć za dużo. Przymrużyć
nos bez użycia dłoni, czy klamerki – to dopiero wyczyn.
Po pierwsze, to zostałam wyśmiana za to, że uważam się za speca, bo stwierdziłam, że w
Bergen pada, jak zwykle. Udałam, że tego nie odczytałam i ruszyłam dalej w tę
deszczową krainę. Mój GospodarzoHost zapewnił wyżywienie do końca życia.
Kropelki.
Było ich sporo dnia pierwszego. Czaiły się na obiektywie, na włosach
sięgających już niemal do ziemi, na dłoniach. Ale wiadomo, zdjęcia z wyjazdu to
jakby mus. Lubię mus jabłkowy, ale musowy mus daje za dużo musu, a od przybytku
głowa może rozboleć. Dlatego Profesjonalny Fotograf wspomógł mnie nieco w tym,
powierzonym przez krewnych, zadaniu.
Wiecie, że
tam zawsze mają Święta/Gwiazdkę? Swoją drogą tego drugiego sformułowania użyłam
może kilka razy w ciągu żywotu swego. Chyba na którąś z kolei rodzice sprezentowali
mi ten sprzęt służący jako aparat (przy)musu.. Skomplikowałam to trochę, ale
tak – Święta. Takie pieśni, takie rekwizyty, takie schody przewąskie dla jednej
osoby (ewentualnie: dwóch fit Norwegów). Idealne miejsce na smutne dni,
przygnębiające dni, może też wesołe. Ale na pewno nie na ubogie/biedne/janowe/polaczkowe
dni, że makaron z brokułem, kurczakiem i krewetkami się wcina <3
Każda
wyprawa w górę sponsorowana przez Knoppersa, a wieczorna w dół (albo w górę
radości i śmiechów) przez Sobieskiego. Takie buty. A właśnie takie – filcowe
kapcioszki za koron dzisienć nabyłam, deal życia! Idealne na klimaty biforowe.
Byliśmy
świadkami fake-śniegu, który, po pierwsze, W OGÓLE BYŁ, a po drugie nie topniał
w przygrzewającym słońcu. Kuba wymyślił, że mnie kulą tego czegoś niemal
białego potraktuje. Odwdzięczyłam się. Bitwa śniegowa w środku października,
orany. Nawet dłonie nie przemarzły, wręcz wyschły w sekund 20 najwyżej.
To, że śnieg
był fejkowy, mogę przeboleć. Ale że zorza, zwana polarną, również, to już
zupełnie nie. Po prostu nie wystąpiła na naszej długości geograficznej.
Sprytnie zaczekała i objawiła się dwa dni po moim wylądowaniu na poznańskich
rewirach.
Każdy może
wpaść na pomysł, żeby w środku nocy wydać oljekorony na hot-doga. Alko zaczyna
pracować, przez co głowie już się odechciewa i zostawia ona Twoją świadomość
daleko w tyle. Dlatego druga bułko-parówka pozwoliła sobie na harce w naszych
brzuszkach. Wtedy uczucie przepyszne, później – przenajgorsze. Jednak każdy
ruch ma swój cel – pierwszy raz w życiu wracałam samolotem z imprezy. Doprawdy
niesamowicie okropne doświadczenie. Dodajmy do tego odrobinę płaczących dzieci
i opary wódki na pokładzie…żyć i umierać.
Ale nic nie
odbierze skakania na trampolinie, widoku krów z rogami czilujących w zielonych
okolicznościach przyrody, miksowania białych składników (co by prawdziwe Malibu
uzyskać), rapowania na nutę poznańskiego klasyka. Chleba z nutelką na do widzenia
: ))
W samotności
coś jest. Ale takiej swojej, którą sama sobie aranżuję, do której nikt nie
zmusza. Wtedy nie czuję presji, obowiązku obcowania z kimkolwiek. Wyznaczam
granice, czynię, co uważam za najlepsze. Opinia czy sugestie innych naprawdę
schodzą na nieistniejący nawet plan. Chodzę po mieście, odkrywam zakamarki,
podziwiam, rozglądam się. Słyszę rozmowy innych, słyszę życie ulicy. Mnie
jednak ono nie dotyczy. Popatrzę, zapamiętam, uśmiechnę się z przekonaniem do
siebie, wrócę. Odwieszę ciuchy do szafy. Im (tym ciuchom) trochę współczuję, bo
one nie mogą nawet pomarzyć o samotności. Wiszą ściśnięte na tym drążku,
czasami dzielą wieszak. Doprawdy przykra to sytuacja, ale jeszcze nie wymyśliłam,
jakim cudem można by znaleźć osobną skrytkę/szafową przestrzeń dla każdego z
nich. Albo pozbyć się wszystkich i zostawić jeden ulubiony. Miałby aż nadto
miejsca dla swoich samotnych działalności. Minimalizm teraz w modzie.
Idę ulicą.
Ulicą bardzo długą, na terenie już jeżyckim. Stąpam po niepewnym gruncie.
Chwilę temu opuściłam pannę W po dłubaniu w dyni, rozkminach życiowych,
językowych. Pan taczkowy mija mnie, wiezie może dobytek życia, może tylko coś
na sprzedaż, nie rozgryzę. Sygnalizacja miga, wygrywa melodię, która umila mi
drogę do domu, tak jeszcze daleką. Trzymam kurczowo sweterek pomarańczowy w dłoniach
– powinien znajdować się na mnie, ale po tanecznych szaleństwach bałkańskich zbędnym
się wydaje. Służy do rąk ogrzania w nocne pory, tak niedopasowane do żywota
człowieka, najczęściej ciepłolubnego.
Miesiące, mija właśnie sobie taki jeden, miesiąc od kiedy postawiłam stopę tutaj. Owszem, ciągle jestem stopą i oczekuję na inne stopy, które przybyć mają za 18 dni do Austry. W oczekiwaniach szukamy z Mają intensywnie sznycla, wiedeńskiego kawałka mięsa otoczonego najprawdziwszą panierą, kawałka który nurzał się całym swym kawalstwem w tłuszczyku patelni. Chcemy po zjedzeniu wytrzeć serwetą tłuste kąciki warg i zamruczeć z tłuścianej rozkoszy, a tak doprawdy to po prostu chcemy spróbować sznycla. Bez wybuchowych oczekiwań, przygotowane na nowe doświadczenia, w zasadzie nie powiem kto czeka bardziej i jej wewnętrzny grubas śni o parce w sile wieku zjadającej ciastko z kremem. Podpowiedzią też nie będzie to, że za każdym razem kiedy wjeżdżamy na siódme piętro do uczelnianej stołówki-nie-stołówki Maja pyta o sznycla, a Pani opowiada, że Sznycla już niestety brak.
Odnalezione zostały najlepsze i najgorsze miejsca na kawy, żeby potem marzyć na porannym wykładzie, w dzień kiedy jeszcze nie miałaś kontaktu z kofeiną, o chropowatym kubku z kampusu. Zanurzasz się wtedy głębiej w zakamarki uni haupt i poszukujesz miejsca gdzie Cię nią poczęstują ( nie za uśmiech oczywiście), ale nic nie równa się Kawowemu Panu czy Piratom Kawowym albo innych, tych przy piwnych ulicach. Jest, najtańsza i nie wiem na ile to szczęście, a na ile nieszczęście nienajgorsza w Twoim austro-życiu.
W austro-życiu byłam też raz na Wielkim Wydarzeniu w Wielkim Muzeum, było przemagicznie, przepięknie, przednio, przewiedeńsko, przechealsy, przeanalitycznie. Przeważnie jest dobrze, czasem jest wspaniale, tak że idziesz ulicą i uśmiechasz się do człowieka, jednego, drugiego, trzeciego, piętnastego, że nawet droga z metra nie jest taka długa, że zatrzymujesz się i uśmiechasz, do siebie. Czasem czasem tylko człowiek owładnięty nieznośnością dla otoczenia, taką wielką jak Anka i najchętniej wrzuciłby parę najpotrzebniejszych rzeczy i ruszył z tobołkiem na lotnisko i kupił bilet w jedną stronę do Australii.
I tak kiedy nie zajmuje głowy uczelnie, głowa ( wraz z ciałem) przechadza się i kolekcjonuje wrażenia, uroczystych uliczek, trzy stołowych cukierniczek, norweskich pieśniarek, kripowatych współtowarzyszy tramwajowych wojaży, braków w tutejszych podstawowych towarach, wbijania sobie do głowy zakupy w absolutnie najzwyklejsze dni i przewidywanie zachcianek, co wcale nie takie proste,a nawet absolutnie nie dobre. Wycieczki do Zoo i wejścia od absolutnie nieciekawych stron, kluczowa obsesja nerwicowa i wszystko wszystko. Jest miło.